Wszystko za życie

Wyjechały na wakacje...

Wiadomo było od samego początku naszej znajomości, że prędzej czy później różnica wieku, która nas dzieli, da o sobie znać. Nie spodziewałam się jednak, że nastąpi to tak szybko i że to ja będę regularnie wychowywana…

Zaczęło się niewinnie od ukradzionego z talerzyka kawałeczka chleba. Nie była to dotkliwa strata, dlatego też przeszła zupełnie bez echa. Potem zrobiło się ciekawie…

Razu pewnego przygotowałam sobie na kolację kanapki, które były idealnym odzwierciedleniem moich potrzeb estetycznych i konsumpcyjnych. Wędlinka, żółty serek, jajeczko, pomidorek, papryczka, trochę szczypiorku… no cudo! Zjadłam większość, po czym udałam się do kuchni zrobić sobie coś do picia. Gdy wróciłam moim oczom ukazał się wielki czarny pies, który siedział na krześle na MOIM miejscu i właśnie kończył jeść MOJĄ kanapkę! Kulturalnie, z talerzyka. Zrobiłam wielkie oczy, szczęka powędrowała w dół z zadziwiającą prędkością i z hukiem opadła na podłogę… Obyło się bez awantury, chcąc nie chcąc musiałam jednak docenić kulturę, z jaką Demol skonsumował moją kolację :3

Innego razu zrobiłam sobie kanapki do pracy. Włożyłam je do torby i udałam się to łazienki. Będąc już w pracy około godziny 14. uaktywnił się mój żołądek, dlatego postanowiłam udać się na przerwę. Sięgnęłam do torby po kanapki i… nic! Za to po powrocie do domu w ogrodzie znalazłam resztki woreczka, w który zapakowany był mój posiłek.

- Smakowało, Demolku? – zapytałam. Pies zwrócił swe piękne oczy w moim kierunku i wesoło zamachał ogonem ;)

Po pewnym okresie czasu spędzonego z psami mogę stwierdzić, że nie tylko regularnie jestem wychowywana, ale za każdym razem, gdy wracam z pracy:

a. Demol rzuca się na mnie w przypływie czułości

b. Gangrena kręci się pod nogami usilnie próbując sprowadzić mnie do parteru

c. Luśka przeraźliwie szczeka i opierdala mnie, jak śmiem wracać tak późno i dlaczego przychodzę sama. Potem strzela focha i – sądząc po minie – wymyśla co najmniej tuzin sposobów, których motywem przewodnim jest to, jak mnie zamordować.

Nic więc dziwnego, że gdy opuściłyśmy ten piękny kraj, w którym kwitnie demokracja, psy zgodnie pomyślały „Oho! Wyjechały wszystkie nasze podopieczne” i bawiły się doskonale. To samo z resztą można powiedzieć o nas.

Poleciałyśmy tam, gdzie jest cudowne słońce i ocean, i piękne widoki, i wspaniała atmosfera. Naturalnie D., która uwielbia wodę, była zachwycona. Z kolei ja, osoba, która wody (i to nie tej święconej, wbrew temu, co twierdzi moja matka) boi się bardzo, miałam nietęgą minę. Niemniej jednak mimo kilku epizodów pod hasłem „Zapomniałam Ci powiedzieć, że woda w oceanie jest zimna”, jak również „zachęcenia” mnie do korzystania z walorów owej zimnej wody, które kończyły się moim błagalnym „D., ale ja Cię kocham!” (czyt. „Za jakie grzechy Ty mi to robisz?!”, było REWELACYJNIE! Potaplałyśmy się w wodzie, poszalałyśmy na falach, poopalałyśmy ciała, pozwiedzałyśmy i dostarczyłyśmy sobie solidną dawkę endorfin… A i mój lęk do wody taki jakiś mniejszy się zrobił :)

I choć zdjęcia z górskich wędrówek przepadły („D., Ty rób fotki swoim telefonem, bo ma lepszy aparat”), a sam telefon niedługo potem zniknął w niewyjaśnionych przez pewien czas okolicznościach i obecnie ma innego użytkownika o nieznanej tożsamości, tak te, z naszych lipcowych wczasów są i mają się dobrze :) Więc na koniec lata trochę słońca i trochę wody z południa Europy ;)

Cracker

1 Gran Canaria.JPG2 Gran Canaria.JPG3 Gran Canaria.JPG4 Gran Canaria.JPG5 Gran Canaria.jpg6 Gran Canaria.jpg7 Gran Canaria.jpg8 Gran Canaria.jpg