Wszystko za życie

Dzień po dniu, gadzina za gadziną i tak…

…skończył się czwarty rok studiów, a ja czułam się jak Syriusz Black za młodych lat – stanęłam po niewłaściwej stronie mocy, stąd też widmo wypalenia mojego zdjęcia oraz imienia i nazwiska z rodzinnego drzewa genealogicznego było coraz bliższe. Dlatego ku chwale mojego bezpieczeństwa finansowego postanowiłam udać się do pracy…

Jako że kelnerka ze mnie jak z koziej dupy trąba, a do bycia dyrektorem szkoły, tudzież innej placówki edukacyjnej nie mam jeszcze kwalifikacji, wybór padł na call center. Przeżyłam szkolenie, pierwszy dzień na projekcie, pierwszy telefon i pierwszą umowę, ale niestety mistrzem sprzedaży nie zostałam. Więc z racji wyników zbyt dobrych, by proponować odejście i zbyt słabych, by pozostawić mnie w teamie, trafiłam na trudniejszy projekt – do grupy zajmującej się pozyskaniem, a nie, tak jak wcześniej, polepszaniem usługi u obecnych klientów znanej firmy, podobno najlepszej w Polsce.

Przeżyłam szkolenie, pierwszy dzień na projekcie, pierwszy telefon i pierwszą umowę. A potem poczułam, że żyję! Nie dość, że lepszy team, lepsi menagerowie, lepsza atmosfera to jeszcze można sobie troszkę bardziej poszaleć ;> I tak kończę pierwszy pełny miesiąc pracy w nowym zespole ze średnią efektywnością powyżej tej wymaganej, komentarzami „N., weź zrób umowę tak jak zawsze, bo słabszy wynik mamy”  i „Ja trzy razy wynik sprawdzałem, bo myślałem, że to błąd, ale N. w ubiegłym tygodniu miała efektywny czas rozmów powyżej 70%. Bierzcie przykład.”, bardzo miłymi tygodniowymi wypłatami, które po doliczeniu premii ze sprzedaży cieszą oko i trzema zaproszeniami na kawę. Ale za to niestety premii nie dostaję ;>

No. Jaki konsultant jest, każdy słyszy. Za to klienci bywają najróżniejsi. Niektórzy zapewne uważają, że po pladze egipskiej, plaga konsultantów jest kolejnym złem, które dosięgło świat, dlatego czasem można sobie poczytać miłe komentarze pod połączeniami:

„Przeprosiła, powiedziała, że nie będzie rozmawiać i się rozłączyła.”

Komentarz konsultanta poniżej: „Mnie nawet nie przeprosiła :(”

Inni boleśnie przypominają nam, że gdy my sobie siedzimy wygodnie, gdzieś tam toczy się prawdziwe życie i prawdziwa praca:

„Proszę zadzwonić później, bo szef na mnie patrzy.”

„Proszę zadzwonić później, bo muszę znaleźć jakieś krzaki, by zrobić umowę.”

„Proszę zadzwonić później, bo jestem w stanie nieużytku, w niedzielę byłem na poprawinach”. Przy tych słowach należy dodać, że dzwoniłam we wtorek po południu ;)

Jeszcze inni klienci biorą to, co oferujemy, jak im konsultant zaproponował:

- (…)i z tego, co widzę monter mógłby się u Pana zjawić w przyszły wtorek, pasuje Panu?

- O, widzę, że Pani od razu przechodzi do rzeczy :>

Wziął.

- Nie, ja nie będę słuchać, ja nic nie chcę. 

- Ale przecież nic Pani nie straci, jeśli Pani poświęci 2-3 minuty na wysłuchanie oferty, jeżeli się Pani nie spodoba to po prostu się Pani rozłączy.

Po 3 minutach licytacji w końcu Pani zgadza się na przedstawienie oferty, które trwa krócej niż w/w fragment licytacji. Przedstawiam, pytam, na kiedy umówić montera…:

- Tak, piątek mi pasuje.

Zwycięstwo!!!

- Dobrze, to poproszę jeszcze numer PESEL.

- 54….. – Pani skrupulatnie podaje.

- I jeszcze poproszę o adres e-mail.

- …..@amorki.pl – słyszę odpowiedź.

Gdy czytałam zgody nieobowiązkowe miałam dziwnie brzmiący głos ;>

Bywają dni słabsze, też uważam, że konsultanci to plaga egipska, ale ta praca zwyczajnie mnie bawi i jeszcze pozwala rozwinąć umiejętności interpersonalne, ej, lubi to ;) I oby tak dalej ;)

Cracker

PS. Po godzinach spędzonych na izolowaniu, wirowaniu, oczyszczaniu, mierzeniu, przyszedł czas na wyniki… Dlatego dodaję zdjęcie w stylu „A bawię się, kiedy nie dzwonię  do klientów” ;)

wyniki.JPG


I coś dla ucha ;)